www.niepelnosprawni.plStrona główna forum
forum.niepelnosprawni.pl - Nie jesteś zalogowany
Strona główna forum Regulamin i pomoc Szukaj Rejestracja Logowanie
Poprzedni wątek Następny wątek Wyżej Wątek ogólne / Porady Centrum INTEGRACJI / Muszę się wygadać (948 - wyświetleń)
- Autor jacek19842018 Dodany 2018-12-31 09:26
  Witam. Tak jak w temacie muszę się komuś wygadać, a z racji, że nie mam rodzeństwa, a do rodziców jakoś tak nie wypada to padło na WAS.
 
  Mam 34 lata i umiarkowany stopień niepełnosprawności z powodu lewostronnego      porażenia i wodogłowia.
  Mieszkam z rodzicami i praktycznie od dobrych 10 lat nie spotykam się z rówieśnikami. Jakoś na początku nie przeszkadzało mi to, ale ostatnio zatęskniłem za tym. Niestety koledzy z dzieciństwa i lat szkolnych już mają swoje rodziny i dzieci i nie mają czasu na spotkania towarzyskie albo też nie chcą się spotkać. Ktoś powie ty też załóż rodzinę. To niestety nie takie proste bo z samej renty socjalnej i zasiłku pielęgnacyjnego utrzymać rodzinę to wręcz niemożliwe, nie mówiąc już o kupnie lub wynajęciu mieszkania. Co prawda jest pełno ofert pracy dla osób z orzeczeniem o stopniu niepełnosprawności, ale gdy ktoś usłyszy, że mam niedowład ręki to mówią, że z orzeczeniem, ale fizycznie sprawny, nie mówiąc już o łuszczycy, którą "posiadam" na rękach to słyszy się: "Niech Pan wyleczy łuszczycę i przyjdzie". Chyba mało kto wie, że to nieuleczalna choroba.

Dodatkowo rodzice mają już swoje lata (po 60-ąt - nie wiem czy to dużo czy mało, ale patrząc na 80 latków jak "śmigają" to może się wydawać, że jednak mało z drugiej strony ludzie umierają w każdym wieku – nawet po 30-tce) i zaczynają narzekać na zdrowie i ciągle mówią, że są już starzy, etc.

Ja natomiast zaczynam się o nich bać i ciągle myślę o śmierci ich i swojej choć swojej się nie boję aż tak bardzo, może gdybym umarł było by łatwiej i mnie i im, ale niestety sam nie mam odwagi skończyć ze sobą. Do tego stopnia, że zacząłem im wyrzucać, że źle mnie wychowali, bo nic nie mam, jak coś obiecają to nie dotrzymują słowa, nawet wyspać mi się nie dadzą bo mój tata kładzie się spać o 20, a wstaje o 3 i ja się wtedy budzę i nie śpię już wcale. Na dodatek ostatnio zrobili remont mieszkania na kredyt, który ja muszę spłacać (czy tego chcę czy nie) bo oni już nie mieli by z czego.

Denerwują mnie nawet ich odgłosy (kaszel, kichanie, narzekanie, wzdychanie). Pewnie bym mógł jechać tu czy tam, może na jakiś koncert, ale wtedy mam wyrzuty, że oni w tym czasie będą siedzieć sami w domu, albo coś im się stanie i nie zdążę się z nimi pożegnać.

Z tego wszystkiego zaczynam miewać koszmary, dziś 31.12 (Sylwester którego nienawidzę), śniła mi się moja, śp. Babcia, a gdy ona mi się śni to zawsze się coś stanie (ostatnio mój kuzyn zginął w wypadku, w dzień po nocy w którą mi się przyśniła) i już się boję, że się coś stanie. Mam napadowe ataki płaczu jak nie codziennie to co drugi dzień. Chodzi oczywiście o błahostki, np. głupie wyjście do sklepu gdy ja chcę iść, a rodzice mówią, że pójdą sami. Mam dodatkowy dochód w postaci pracy zdalnej, ale tam też powoli zaczęło się psuć i to kolejny powód do tego żeby znów sobie popłakać bo co to będzie jak nie będę miał tej "pracy"? Gdzie znajdę nową?

Ogólnie to słowo "śmierć" towarzyszy mi każdego dnia mojego życia, zacząłem się nawet zastanawiać czy nie skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry, bo fizycznie czuję się dobrze, ale psychicznie jakbym miał co najmniej 95 lat, ale nie wiem czy to dobry pomysł i co ogólnie zrobić ze sobą. Może się użalam nad sobą nie wiem, może powinienem wziąć się w garść, ale jakoś nie umiem, jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.

Nie jest też tak, że nie potrafię się już śmiać, bo potrafię gdy naprawdę jest z czego i ten rok nie był taki zły bo byłem na weselu i rodzice mieli 40-lecie ślubu, pewnie, że było fajnie, oby więcej takich spendów, ale jednak większość czasu spędzam z nimi w domu i to mnie powoli dobija.

Dziękuję, za przeczytanie tego długiego i nudnego wywodu i proszę o jakąś radę.

Pozdrawiam.
Nadrzędny - Autor 3mającyQle Dodany 2018-12-31 12:56
Rusz cztery litery i zacznij żyć swoim žyciem ,  rodzice cię tak traktują jak dziecko , a tobie do tej pory widocznie to odpowiadało, jesteś po 30 i musisz wziąć byka za rogi i działać na tyle ile możesz, a nie prosič o zgodę w każdej sprawie mamusie czy tatusia,bo nikt za ciebie pewnych decyzji nie powinien podejmować do końca życia.
Nadrzędny - Autor jacek19842018 Dodany 2018-12-31 13:55
Czy mi "to odpowiadało" to do końca się nie zgodzę, ale prawdą jest, że często ulegałem rodzicom. Co do podjęcia działań to narazie nie mam pomysłu jak to zrobić bo próbowałem już różnych rzeczy i nie do końca wychodziło tak jakbym chciał, ale może nowy rok przyniesie mi jakiś impuls do działania.

Dzięki za zainteresowanie.
Nadrzędny - Autor begali Dodany 2018-12-31 22:22
Witaj, konto założyłam dla mojego syna. Ma 25 lat, orzeczenie o stopniu umiarkowanym. Jest lekko upośledzony umysłowo. Coraz częściej martwię się jak sobie poradzi, gdy nas nie będzie. Twoi Rodzice też pewnie czują podobnie. Bądź dla nich nieco bardziej wyrozumiały. Ty jesteś całkowicie sprawny intelektualnie, więc już w tym punkcie masz przewagę nad wieloma niepełnosprawnymi. Spróbuj nawiązać kontakt z rówieśnikami (i rówieśniczkami☺) w necie. Na początek. I pamiętaj - nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej i nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Dopóki żyjemy, zawsze mamy szansę. Życzę Ci szczęśliwego Nowego Roku i oby już w tym roku spełniło się chociaż jedno Twoje marzenie
Nadrzędny Autor jacek19842018 Dodany 2019-01-01 09:28
Dziękuję za odpowiedź. Tak zdaję sobie sprawę, że wiele osób ma gorszą sytuację od mojej i że mogło być gorzej, po prostu w tym minionym roku chyba się troszkę pogubiłem i muszę wyjść z tego sam bez niczyjej pomocy. Tak jak Pani pisze rodzice zapewne boją się co się ze mną stanie gdy ich już nie będzie, nawet kiedyś był temat powrotu w ich rodzinne strony żeby miał się kto mną "zająć". Problem w tym, że to tereny wiejskie i tam dopiero mógłbym sobie nie poradzić, nie chcę też obarczać "dalszej" rodziny sobą bo przecież każdy ma swoje życie i temat upadł. Tak jak Pani napisała jestem bardziej niesprawny fizycznie niż intelektualnie, dlatego też jestem przekonany, że poradzę sobie sam w przyszłości, wspominałem nawet rodzicom o osobnym mieszkaniu dla mnie żeby zobaczyli, że "dam radę", ale na to trzeba mieć fundusze, których niestety nie posiadam i koło się zamyka. Z drugiej strony też nie wiadomo kto pierwszy ponieważ jak widać w dzisiejszym świecie ludzie umierają w bardzo różnym wieku więc może ja będę przed rodzicami po tej drugiej stronie.
Nadrzędny - Autor buduj Dodany 2019-01-02 17:25
Po przeczytaniu Twojego postu i odp. na posty innych, stwierdzam z całą stanowczością, że masz DEPRESJĘ i to już zaawansowaną! Żaden "psycholog" tylko PSYCHIATRA I TO DOBRY! Nie obrażaj się, jak nie jesteś pewien mojej wypowiedzi wejdź na stronę o depresji, jest tam test - sam się przekonasz. Nie czekaj bo to może skończyć się samobójstwem.
------------------------------
Ponad to: twoi rodzice z jednej strony są nadopiekuńczy z drugiej Cię DOŁUJĄ. Jest sporo ich winy: ciągłe narzekania, stękania - a to oni ciebie spłodzili i z jakiegoś powodu twoje schorzenie wystąpiło. "...po 60" to jest nic, znam ludzi po i tuż przed 70, którzy dobrze wyglądają, starają się być sprawni fizycznie i umysłowo, ale nad tym trzeba pracować!
Z dalszej części wynika, że rodzice cię zwyczajnie wykorzystują finansowo - masakra. Nic nie musisz! "...płaćremont mieszkania na kredyt, który ja muszę spłacać (czy tego chcę czy nie) bo oni już nie mieli by z czego" nic nie musisz i co cie to obchodzi! ZAJMIJ SIĘ SOBĄ I SWOIMI POTRZEBAMI!
Reasumując - pozytywy:
- jesteś sprawny psychicznie
- w miarę niezależny finansowo
- w miarę sprawny fizycznie
-młody (dość) ;-)
Negatywy:
- głęboka depresja - konieczny psychiatra
- uzależnienie od rodziców
- widoczne ułomności
-------------------------
Krok pierwszy: znajdź dobrego psychiatrę - klinikę może prywatną? Jak przestaniesz płacić kredyt to ci styknie :-) Zapewne będą tam spotkania z psychologiem, grupowe itp. Jak to zaliczysz dalej pójdzie lekko.
Pozdrawiam, zrób co piszę, a będziesz szczęśliwy, chyba że chcesz tylko ponarzekać :-(
Nadrzędny - Autor jacek19842018 Dodany 2019-01-02 19:07
Nie mam zamiaru się obrażać, jestem tego samego zdania co Ty, nawet myślałem o tym żeby się zbuntować i zrobić jak piszesz. Problem w tym, że nie miałem odwagi nawet im o tym powiedzieć, a już były wyrzuty sumienia, że zostawiam ich z tym samych. Kompletna paranoja! Muszę to zrobić jakoś delikatnie i stopniowo. Pozdrawiam.
Nadrzędny - Autor lidian Dodany 2019-01-02 20:10 Zmieniony 2019-01-02 20:14
Buntować to Ty się nie musisz, bo lata buntu przynależą do innego wieku, a Ty już dawno masz je za sobą. Teraz jak się czujesz na siłach, to po prostu mówisz rodzicom , że już najwyższy czas na Twoją samodzielność. Lepiej to zrobić teraz kiedy rodzice jeszcze żyją niż z zaskoczenia jak ich zabraknie. Teraz jeszcze mogą posłużyć Ci radą. Jest jednak jeden warunek żeby sprawa się udała. Musisz mieć obmyślony w szczegółach "plan działania". Musisz to rodzicom przedstawić jasno i ze szczegółami. Oczywiście dziękując im za wszystko co dla Ciebie zrobili.
Nie możesz powiedzieć: mamo , tato chcę być samodzielny. Zorganizujcie mi to. Z Twojego "wygadania się" troszkę tak to zrozumiałam, ale mogę się mylić. W każdym razie powodzenia. :-)

Ps
Jeśli dobrze pamiętam, to już mówiliśmy o takiej sytuacji na forum. Nie chce mi się szukać tego wątku. Czy to Ty pod innym nikiem pisałeś?
Nadrzędny - Autor jacek19842018 Dodany 2019-01-03 20:20
Ten "bunt" to była taka przenośnia do wypowiedzi przedmówcy. Co do mojej samodzielności to jestem przekonany, że poradziłbym sobie natomiast problemem jest kwestia mieszkania bo czasy kiedy ludzie dostawali je za darmo dawno minęły, dlatego muszę pomyśleć jak rozwiązać tę sytuację.
Nadrzędny - Autor buduj Dodany 2019-01-03 22:12
Nie odpowiedziałeś na pytanie Lidian: "...Czy to Ty pod innym nikiem pisałeś?"
Piszesz: "...jestem przekonany, że poradziłbym sobie natomiast problemem jest kwestia mieszkania bo czasy kiedy ludzie dostawali je za darmo dawno minęły, dlatego muszę pomyśleć jak rozwiązać tę sytuację."
Wybacz ale zaczynam myśleć, że jesteś pod opieką psychiatry, a nam d... zawracasz :-(  Zaczynasz "od dupy strony" jak mawiała moja była sąsiadka :-(
---------------------------------
Zacznij od początku tak jak pisałam! Twoja ostatnia wypowiedź świadczy o tym, że chcesz - "oczerniasz" rodziców? "Rozwiąż sytuację" ze sobą!  Czy byś sobie poradził musi ocenić osoba obca, a nie ty. Do czego chcesz przygotować rodziców i co delikatnie z nimi załatwić, bo nie rozumiem o co ci chodzi :-( Nie lubię "przelewania z pustego w próżne" dlatego to mój ostatni post do ciebie. Myślę, że inni cię już rozgryźli i z tego powodu nikt ci nie odp. Współczuję ci, ale nie jestem w stanie pomóc :-(
Nadrzędny - Autor jacek19842018 Dodany 2019-01-03 22:27 Zmieniony 2019-01-03 22:29
Zapomniałem odpowiedzieć na pytanie, więc odpowiadam: nie to nie ja pisałem pod innym nickiem, ale chętnie bym poczytał. Na jakiej podstawie sądzisz, że oczerniam rodziców bo nie rozumiem najpierw piszesz, że nic nie muszę, nie muszę spłacać kredytu, a teraz twierdzisz, że ich oczerniam? Na jakiej podstawie sądzisz że jestem pod opieką psychiatry? Nie nie jestem... jeszcze
Nadrzędny Autor buduj Dodany 2019-01-04 18:02
"...najpierw piszesz, że nic nie muszę, nie muszę spłacać kredytu, a teraz twierdzisz, że ich oczerniam?" Jedno drugiego nie wyklucza. Poza tym przeczytałam twoje wyp. i odp. na inne posty. Miałam już nie odp. Tobie, ale... 
Z całości wynika, że nie chcesz nic zmienić tylko ponarzekać, pomarzyć i tłumaczyć siebie - jakieś tam, że drogo lokale, żona kosztuje itp :-(Ja ci podałam NA TACY rozwiązanie, ale ty nadal piszesz bzdety :-( Wróć jak zrobisz to co ja piszę :-)
Pozdrawiam :-)
Nadrzędny - Autor Iota Dodany 2019-01-08 14:10

> zacząłem się nawet zastanawiać czy nie skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry


Przestań się zastanawiać i umów się na wizytę. Masz problem kwalifikujący się do rozmowy ze specjalistą. Jeśli to realne (w Twojej okolicy), może być korzystne, aby ta osoba miała doświadczenie w terapii osób niepełnosprawnych.

A teraz kilka luźnych uwag od obcej baby z Internetu, w prawie Twoim wieku, która mieszka w dużym mieście samodzielnie z nieuleczalną niepełnosprawnością (MPD). Czy to Ci się przyda, Bóg raczy wiedzieć, bo Cię nie znam – czytasz dalej na własne ryzyko.

1) Założenie rodziny nie jest rozwiązaniem problemu niesamodzielności. Bo założenie szczęśliwej rodziny nie polega na tym, że czyjeś życie jest w kryzysie, a żona lub mąż przyjdą i uratują. Małżonek to ktoś, kto ma być Ci w zasadzie równy, a więc żyjąc z Tobą dostawać od Ciebie mniej więcej tyle wartości (różnego rodzaju), ile Ci daje. Czyli musisz mieć co tej osobie dać. I to nie na takim poziomie, żeby chciała z Tobą kawę wypić, a żeby chciała zostać Twoją żoną. Rozwiązywanie problemu dużej niesamodzielności zaczynając od tego, że założysz rodzinę, to myślenie na opak.

Chociaż po sprawiedliwości muszę dodać: nie jesteś pierwszym niepełnosprawnym mężczyzną, który loguje się tu na forum z takim pomysłem (starsi rodzice + brak życia towarzyskiego + myśl, że problem rozwiązałaby dziewczyna lub żona). Nie wiem czemu niektórym mężczyznom wydaje się, że to jest plan realistyczny, bo jako baba nieodmienne zastanawiam się natychmiast „A co ona ma z tego mieć?”

2)

> Jakoś nie umiem [wziąć się w garść], jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.


Można nie umieć i można nie chcieć - to dwie różne rzeczy. Jeśli nie umiesz, to od samego czekania się nie naumiesz i czas Ci nie pomoże. Natomiast jeśli nie chcesz...

Czasem nie chcieć jest rzeczą zrozumiałą – mnie po śmierci w rodzinie, która przemeblowała mi życie mocno na ukos, mało co się chciało przez jakieś trzy lata, więc nie mogę krytykować tego, że komuś się czasem nie chce budować i naprawiać swojego życia. Tak samo można np. czegoś się bać i odłożyć to na później (żeby na raz nie robić za dużo). Ale takie „niechcenie” musi być stanem tymczasowym, z określonym horyzontem. To znaczy, można sobie myśleć „dziś chrzanię, nie robię”, ale jeśli „dziś chrzanię, nie robię” trwa np. rok, i nic się nie zmienia na lepsze, to jest bardzo niedobrze.

Za rok będzie Ci łatwiej zacząć robić to, na co teraz nie czujesz się na siłach? Za dwa lata? Za pięć? Co takiego spowoduje, że "jeszcze nie teraz" zmieni się w "teraz"?

3) Zdobywanie samodzielności jest procesem stopniowym. Czasem obejmującym porażki i kroki w tył. Wymaga zaczynania od małych rzeczy, żeby dojść do większych. Czy umiesz ugotować sobie takie jedzenie, żeby na nim żyć? Czy potrafisz dotrzeć we wszystkie miejsca, w które musisz (do lekarza, do urzędu, do lokalnego sklepu) albo samodzielnie, albo stabilnie korzystając z pomocy innej, niż Twoi rodzice? Kiedy ostatni raz zostałeś w domu (lub innym miejscu) bez rodziców na miesiąc lub więcej i jak Ci to wyszło?

4) Co do możliwości utraty pracy i innych nieprzyjemności – życie jest ryzykiem. Nikt nie gwarantuje ani Tobie, ani mnie, ani nikomu innemu, że będzie dobrze. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zbudować sobie margines bezpieczeństwa na to, na co się da, nie podejmować ryzyka głupio, a poza tym prowadzić na tyle spełnione życie, na ile można. Jeśli jest coś, co można realnie zrobić, żeby zmniejszyć lęk, to warto (np. rozejrzeć się w wolnym czasie za inną pracą). Ale kiedy boisz się rzeczy pozostających całkowicie poza Twoją kontrolą (nie tylko Cię zwolnią, ale z góry zakładamy, że nie znajdziesz pracy), lęk nieproduktywnie paraliżuje. Taki lęk nie jest Twoim sprzymierzeńcem.

5) Znajomości są jak rośliny - trzeba je pielęgnować, bo inaczej więdną i często działa to tak, że dopiero jak już uwiędły, to się to zauważa (bo wcześniej to właśnie „nie przeszkadza”). Na pocieszenie: nie jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który zorientował się trochę po czasie, że życie towarzyskie mu wyschło. Najprawdopodobniej da się to odbudować. Ale prawdopodobnie będzie to wymagało znalezienia sobie nowych znajomych, podejmowania nowych aktywności – a więc zdolności wyjścia na ten przykładowy koncert, na który teraz boisz się wyjść.

* * * *

Poprzedni wątek osoby z bardzo podobną diagnozą i problemem usamodzielnienia się: http://forum.niepelnosprawni.pl/topic_show.pl?pid=270826#pid270826
Nadrzędny Autor W z K Dodany 2019-01-08 15:08

>"1) Założenie rodziny nie jest rozwiązaniem problemu niesamodzielności. Bo założenie szczęśliwej rodziny nie polega na tym, że czyjeś życie jest w kryzysie, a żona lub mąż przyjdą i uratują. Małżonek to ktoś, kto ma być Ci w zasadzie równy,.........."<


Pozwolę sobie dorzucić własne 3 grosze  do tego trafnego wpisu Ioty.....
W dzisiejszym czasie,- wbrew temu co prawdopodobnie autor wątku o tym myśli wcale nie jest trudno znaleźć osobę chętną do związku małżeńskiego.
Wystarczy zalogować się na odpowiednie portale.... Ale to nie jest wyjście z sytuacji, bo szanse na trafienie z "deszczu pod rynnę" są dużo większe jak dokonanie dobrego wyboru..... Związek małżeński to nie  przygoda........ Raczej nie szukaj tam tego typu znajomości bo niepostrzeżenie możesz znaleźć prawdziwy dramat....
Natomiast budowanie na nowo znajomości koleżeńsko towarzyskich jak najbardziej tak.... To, że napisałeś tutaj już daje Ci pewną szansę a gdy bardziej w necie się uaktywnisz to i szanse wzrosną. Życzę powodzenia........
Nadrzędny - Autor jacek19842018 Dodany 2019-01-10 21:10

> Przestań się zastanawiać i umów się na wizytę. Masz problem kwalifikujący się do rozmowy ze specjalistą. Jeśli to realne (w Twojej okolicy), może być korzystne, aby ta osoba miała doświadczenie w terapii osób niepełnosprawnych.


Już podjąłem pewne kroki w tym kierunku może nie od razu tak jak mówili przedmówcy klinika, ale właśnie wizyta u psychologa/psychiatry.

> A teraz kilka luźnych uwag od obcej baby z Internetu, w prawie Twoim wieku, która mieszka w dużym mieście samodzielnie z nieuleczalną niepełnosprawnością (MPD). Czy to Ci się przyda, Bóg raczy wiedzieć, bo Cię nie znam – czytasz dalej na własne ryzyko.


Czasem porady "od obcej baby z Internetu" są cenniejsze niż te od rodziny czy znajomych.

> Założenie rodziny nie jest rozwiązaniem problemu niesamodzielności. Bo założenie szczęśliwej rodziny nie polega na tym, że czyjeś życie jest w kryzysie, a żona lub mąż przyjdą i uratują. Małżonek to ktoś, kto ma być Ci w zasadzie równy, a więc żyjąc z Tobą dostawać od Ciebie mniej więcej tyle wartości (różnego rodzaju), ile Ci daje. Czyli musisz mieć co tej osobie dać. I to nie na takim poziomie, żeby chciała z Tobą kawę wypić, a żeby chciała zostać Twoją żoną. Rozwiązywanie problemu dużej niesamodzielności zaczynając od tego, że założysz rodzinę, to myślenie na opak.


Tu muszę sprostować, nigdy nie twierdziłem, że założenie rodziny ma mi zastąpić samotność. Ożenić się można pewnie, ale już utrzymać rodzinę mogłoby być problemem, bo to facet powinien zapewnić byt, a ja nie jestem w stanie tego zrobić, nie mogę traktować dorywczej pracy jako głównego źródła utrzymania. Jak to powiedział George Williams "Najgorsza w życiu nie jest samotność tylko życie z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny".

> Można nie umieć i można nie chcieć - to dwie różne rzeczy. Jeśli nie umiesz, to od samego czekania się nie naumiesz i czas Ci nie pomoże. Natomiast jeśli nie chcesz...


Czasem nie chcieć jest rzeczą zrozumiałą – mnie po śmierci w rodzinie, która przemeblowała mi życie mocno na ukos, mało co się chciało przez jakieś trzy lata, więc nie mogę krytykować tego, że komuś się czasem nie chce budować i naprawiać swojego życia. Tak samo można np. czegoś się bać i odłożyć to na później (żeby na raz nie robić za dużo). Ale takie „niechcenie” musi być stanem tymczasowym, z określonym horyzontem. To znaczy, można sobie myśleć „dziś chrzanię, nie robię”, ale jeśli „dziś chrzanię, nie robię” trwa np. rok, i nic się nie zmienia na lepsze, to jest bardzo niedobrze.

Ale czy ja czegoś nie chcę, ja chcę tylko jak najbliźsi zamiast mnie wspierać dołują tekstami, "że po co mi to", "nie poradzę sobie", itp. to przyznaj nie odechciało by Ci się?

> Zdobywanie samodzielności jest procesem stopniowym. Czasem obejmującym porażki i kroki w tył. Wymaga zaczynania od małych rzeczy, żeby dojść do większych. Czy umiesz ugotować sobie takie jedzenie, żeby na nim żyć? Czy potrafisz dotrzeć we wszystkie miejsca, w które musisz (do lekarza, do urzędu, do lokalnego sklepu) albo samodzielnie, albo stabilnie korzystając z pomocy innej, niż Twoi rodzice?


Tak potrafię zrobić zakupy, iść do lekarza, etc.

> Kiedy ostatni raz zostałeś w domu (lub innym miejscu) bez rodziców na miesiąc lub więcej i jak Ci to wyszło?


Zapomnij, moi rodzice są typami domatorów i nawet jak ja pojadę gdzieś z nimi to po 2-3 dniach chcą już wracać do domu, a co dopiero jak pojadą beze mnie. No, ale te 3 dni się zdarzało, że byłem sam i nic mi się nie stało.

> Co do możliwości utraty pracy i innych nieprzyjemności – życie jest ryzykiem. Nikt nie gwarantuje ani Tobie, ani mnie, ani nikomu innemu, że będzie dobrze. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zbudować sobie margines bezpieczeństwa na to, na co się da, nie podejmować ryzyka głupio, a poza tym prowadzić na tyle spełnione życie, na ile można. Jeśli jest coś, co można realnie zrobić, żeby zmniejszyć lęk, to warto (np. rozejrzeć się w wolnym czasie za inną pracą). Ale kiedy boisz się rzeczy pozostających całkowicie poza Twoją kontrolą (nie tylko Cię zwolnią, ale z góry zakładamy, że nie znajdziesz pracy), lęk nieproduktywnie paraliżuje. Taki lęk nie jest Twoim sprzymierzeńcem.


Masz rację, lęk paraliżuje niemiłosiernie przeżyłem już to kilkadziesiąt razy choć nie na płaszczyźnie psychicznej, ale fizycznej. Jednak musisz przyznać, że ciężko jest zdobyć pracę jeśli ma się ograniczenia ruchowe i tylko średnie wykształcenie.

> Tak wiem muszę to zmienić, w najbliższym czasie.


Pozdrawiam.
Nadrzędny Autor Iota Dodany 2019-01-11 00:17 Zmieniony 2019-01-11 00:27

> nie odechciało by Ci się?


Nie wiem. Bo nie wiem ile z mojego uporu wynika z biologii, ile ze wsparcia otoczenia, a ile wynika z nastawienia, na które mam wpływ ja sama (ale którego nikt inny nie zmieni za mnie).

To, co Ci mogę powiedzieć, to że właśnie te części psychiki, na które masz wpływ, należy zmieniać na korzystniejsze dla siebie (i jak ktoś nie wie, jak to zrobić samodzielnie, to właśnie od tego powinna być fachowa psychoterapia). Jeśli nie dostaniesz wsparcia emocjonalnego od najbliższych... to musisz je gdzieś znaleźć, albo się na nie wypiąć. Nie ma innego praktycznego wyjścia. Bo przecież od samego dalszego słuchania, że sobie nie poradzisz, nie zaczniesz radzić sobie lepiej?

Uwaga – nie mówię, że to jest proste. Mówię, że nie widzę innej sensownej drogi.

> No, ale te 3 dni się zdarzało, że byłem sam i nic mi się nie stało.


2-3 dni to jest za mało, żeby planować samodzielne życie, wykup mieszkania itd...  chyba, że się dosłownie nie ma innego wyboru. Jako obca baba z Internetu sugeruję, że jak już ustawisz sobie trochę psychikę, to powinieneś się rozejrzeć za możliwością tymczasowego wyjazdu bez rodziców. Może to być najpierw wyjazd do sanatorium, może – nieco bardziej wymagający – wyjazd na tak zwany trening samodzielności / szkołę życia, może być mieszkanie treningowe, jeśli byłoby dostępne w Twojej okolicy.

Bo w tej chwili to Ci się najwyżej wydaje, że poradziłbyś sobie sam. I to trzeba sprawdzić w praniu, a nie rozmyślać o cenach nieruchomości. Tak, jak osoba, która nigdy nie jeździła samochodem, nie powinna martwić się, za co kupi sobie dobry samochód, tylko najpierw zdać prawo jazdy. A już kompletnie bez sensu byłoby odkładanie kasy na ten dobry samochód przed opłaceniem prawa jazdy - cel większy blokowałby wtedy cel bezpośredni.

I na koniec...

> Ożenić się można pewnie


Masz kogoś? Pytam serio i niezłośliwie – piszesz, że nie masz się komu wygadać. Że życie towarzyskie Ci zdechło. Że bez rodziców nie bywasz dłużej niż kilka dni. A w tym samym poście, że „ożenić się można”...?

Mam wrażenie, że to tak, jakbym ja – ledwie wychodząc z domu zimą i narzekając na śnieg, że ze śliski – napisała, że „na Antarktydę wyjechać można”. Oczywiście, że można - w takim sensie, że ktoś może. Ale bieżąca wersja mnie nie może.

Czepiam się tego punktu, bo przy czytaniu Twoich wypowiedzi mam trochę wrażenie, że analizujesz zarówno problemy, jak i ich możliwe rozwiązania, na niewłaściwym poziomie. Zamiast konkretnych, małych kroków, które da się wykonać, rozważasz wielkie wyobrażenia, na które albo nie masz wpływu, albo takie, które są dla Ciebie w tej chwili nieosiągalne.

Tak ludzie na ostatnim roku oblewają studia, bo nie mają motywacji, żeby napisać pracę dyplomową – idea ukończenia jest piękna, ale wykonanie polega na siadaniu na tyłku i pisaniu zdanie po zdaniu, nie na filozofowaniu, czy promotorowi się spodoba następny rozdział... jak się go jeszcze nie napisało. Ba, jest nawet taka teoria, że niektórzy filozofują zamiast działać dlatego, że sami boją się porażki (no bo może rzeczywiście ta praca będzie do niczego?), ale zamiast się z tym skonfrontować wprost, wolą odkładać, odkładać i odkładać, a ostatecznie powiedzieć, że sukces uniemożliwił im jakiś czynnik obiektywny. Delikwent nie tyle pracy nie napisał (bo się bał, że obleje), co „nie zdążył”. Brzmi dużo szlachetniej, ale na jedno wychodzi: dyplomu niet.

Proponowałabym skoncentrowanie się na celach mniej więcej osiągalnych – bo takie etapowe cele istnieją (m.in. właśnie psychoterapia, nauka samodzielności itd.). Nie na rozmyślaniu, że nie możesz kupić mieszkania, jeśli bez rodziców byłeś gdziekolwiek mniej niż tydzień naraz.
Poprzedni wątek Następny wątek Wyżej Wątek ogólne / Porady Centrum INTEGRACJI / Muszę się wygadać (948 - wyświetleń)

Powered by mwForum 2.16.0 © 1999-2008 Markus Wichitill