www.niepelnosprawni.plStrona główna forum
forum.niepelnosprawni.pl - Nie jesteś zalogowany
Strona główna forum Regulamin i pomoc Szukaj Rejestracja Logowanie
Poprzedni wątek Następny wątek Wyżej Wątek ogólne / BARIERY architektoniczne i nie tylko / Przeprowadzka (3948 - wyświetleń)
- Autor ignacy16 Dodany 2017-08-19 19:48
Witam. Mam prawie 33 lata (jeszcze 32 :-)) posiadam umiarkowany stopień niepełnosprawności - wodogłowie, lewostronne porażenie i łuszczycę, ale ja się nie czuję z tym źle, jest jak jest widocznie tak musiało być. Mam rentę socjalną i sobie dorabiam w domu, niestety mieszkam z rodzicami i tu się pojawia problem. Zawsze było tak, że na wszystko się zgadzałem, etc. doszło do tego, że oni chcą się wyprowadzić stąd gdzie obecnie mieszkamy bo przyjechali tu prawie 40 lat temu do pracy, a teraz by chcieli wrócić w rodzinne strony prawie 450km stąd. Problem jest taki, że ja nie chcę tam iść co prawda rodzina bliżej i niby po ich śmierci to oni mieli by mi pomóc żyć dalej. Ja jakoś tego nie widzę, zawsze wyznawałem zasadę, że z rodziną to najlepiej na zdjęciu, dodatkowo teraz mieszkamy w mieście sklepy blisko, lekarz blisko, do centrum autobusy co 20 min. Powiedziałem im to i niby się z tym pogodzili, ale co chwilę mi dogadują, że jakbyśmy mieli swój dom, etc. to by było ;epiej. Każda rozmowa o przeprowadzce kończy się kłótnią, czasem nawet chce mi się ryczeć. Myślę, że oni po prostu nie wierzą, że ja jestem sobie w stanie sam poradzić w życiu. Poradźcie co mam robić bo już sam nie wiem co robić...

Ja rozumiem, że oni chcieli by być bliżej rodziny i nawet im powiedziałem, że niech się wyprowadzą, a ja zostanę tutaj, ale nie słuchają moich argumentów...
Nadrzędny Autor wielokropek Dodany 2017-08-21 08:23 Zmieniony 2017-08-21 08:27
To tylko sugestia z mojej strony. Wiekowo bliżej mi do Twoich rodziców, ale staram się popatrzyć na problem z Twojej strony. Dlatego wyślij swoich rodziców na tzw. zwiad w ich rodzinne strony przynajmniej na (co najmniej) dwa tygodnie . Niech pomieszkają z rodziną i spróbują pomocy z ich strony na własnej skórze. A Ty będzieszz miał okazję udowodnić ,ze doskonale dasz sobie radę sam.Zapewne to pomoże obu stonom w podjęciu decyzji.
W tej chwili dla Ciebie rodzinnymi stronami jest miejsce w którym mieszkasz. Drugim argumentem jest takie powiedzenie "że nie przesadza się starych drzew" a jeśli im chodzi tylko o to aby ich kości spoczęły na tamtej ziemi to może zapewnij ich ,że za umowne trzydzieści lat jak to się zdarzy pochowasz ich prochy tam gdzie chcą.
Nadrzędny - Autor Iota Dodany 2017-08-22 15:35

> Poradźcie co mam robić bo już sam nie wiem co robić...


Pytanie o radę obcych ludzi z internetu jest ryzykowne. Ale...

Po pierwsze, jest całkiem możliwe, że Twoi rodzice wątpią w Twoją samodzielność. Jest nawet możliwe, że nie przyznaliby się do tego, gdybyś ich zapytał wprost. To nie jest nietypowe wśród rodziców osób "średnio niepełnosprawnych" (na tyle niepełnosprawnych, że to robi różnicę w ich życiu, a na tyle sprawnych, że samodzielność nie jest dosłownie fizycznie niemożliwa).

Nie byłoby też nic niezwykłego w tym, że planują, że to rodzina będzie się Tobą opiekować (i że Ciebie ten pomysł wcale nie uszczęśliwia - nie wiemy też, co na to tak naprawdę rodzina). To bardzo powszechny model, o którym nawet czasami nie mówi się wprost. Ja w pewnym momencie życia spotkałam się z tym, że krewni uważali, że jestem "dzielna" że się wyprowadzam z domu rodzinnego, bo ich zdaniem "obowiązek moralny" opieki nade mną mają kolejno: mój żyjący rodzic i moje rodzeństwo. To, że ten pomysł jest nierozważny (bo rodzicowi już bliżej do końca niż do początku, a rodzeństwo ma własne życie i prawo do tego własnego życia) jakoś im samo do głowy nie przyszło. Musiałam wytłumaczyć, że samodzielne mieszkanie w wieku 25+ to nie jest odwaga tylko naturalna kolej rzeczy (jeśli jest to możliwe).

W tej sytuacji Ty i rodzice macie zupełnie różne potrzeby. Zgaduję, że oni są już na emeryturze. I że może nie chodzić o to gdzie "spoczną ich kości" tylko o to, że przy krewnych jest więcej "ciepła rodzinnego" (teoretycznie). Łatwiej wrócić na stare miejsce (przynajmniej pozornie) niż np. budować nowe znajomości i poczucie przynależności w miejscu, do którego człowiek się ostatecznie nie przyzwyczaił.

Jeśli to jest dla nich ważne, to będziecie się o to pewnie kłócić ponownie. Bo Ty nie chcesz zmieniać miejsca, a oni chcą i obie strony mają swoje racje. Prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem byłoby gdybyś się od rodziców w pełni usamodzielnił, jeśli to możliwe - finansowo (najpierw - żeby nie było argumentu, że oni swoje pieniądze wydają na Twoje mieszkanie w mieście) i życiowo.

Wymagałoby to zgromadzenia pewnej sumy pieniędzy, choćby na tymczasowy (np. roczny) wynajem mieszkania i nauczenia się wszystkich kluczowych umiejętności związanych z samodzielnym mieszkaniem (jeśli jakieś jeszcze masz nieopanowane) - od płacenia rachunków, przez gotowanie, po poruszanie się po mieście w każdych warunkach atmosferycznych bez "obstawy". Nie znam dokładnie Twojego stanu, ale z doświadczenia wiem, że przy porażeniu mózgowym to jest możliwe, jeśli porażenie nie jest zbyt duże, a otoczenie jest zaadaptowane.

Zależnie od tego, jakie są relacje z rodzicami, taki plan może nie przejść gładko. To jest jakieś ryzyko, bo dla odmiany "stawiasz na swoim" (zamiast zgadzać się jak zwykle). Ale nie wydaje mi się, żeby racjonalne było zatrzymanie rodziców siłą w miejscu, w którym być już nie chcą, w sytuacji kiedy dom należy do nich, a Ty jesteś od nich faktycznie zależny.

W przeciwieństwie do wielokropka mam wrażenie, że np. dwutygodniowa zmiana sytuacji (oni wyjeżdżają "w rodzinne strony", a Ty sobie wtedy radzisz sam) może ewentualnie być krokiem w dobrą stronę, ale nie rozwiązaniem ostatecznym. Bo to po prostu zbyt krótki czas - to jeszcze taki czas, że oni tam mogą być na prawach gości, a Ty z kolei przetrwałbyś nie będąc w pełni samodzielnym (a zatem nie byłby to pewnie dla rodziców dowód, że sobie naprawdę poradzisz).

I żeby było jasne, z jakiej pozycji radzę: ~30 lat, MPD (diplegia spastyczna, chodzę bez oprzyrządowania ale ze stałymi zaburzeniami równowagi), piąty rok we własnym mieszkaniu, w dużym mieście. Pomoc rodziny na co dzień ogranicza się do tego, że raz na ruski rok wymienią mi żarówki (bo ja nie wejdę po drabinie). Wszystko inne, co jest potrzebne do codziennego życia, robię sama.
Nadrzędny - Autor ignacy16 Dodany 2017-08-22 21:19
Witam. Dziękuję za słowa wsparcia i rady Twoje jak i przedmówcy. Nie będę może nikogo z osobna cytował tylko odpowiem ogólnie bo jedno z drugim się łączy. Tak rodzice wątpią w moją samodzielność i to bardzo wątpią, a samodzielność w moim przypadku jest możliwa no może poza wkręceniem tej żarówki bo też po drabinie nie wejdę, ale jak wspominasz można kogoś poprosić o pomoc (nie koniecznie rodzinę), np. sąsiada.

Jeśli chodzi o próbę usamodzielnienia się, to próbowałem z nimi na ten temat dyskutować, z tego co się dowiedziałem to miasto daje mieszkania do remontu tylko trzeba właśnie wyłożyć na remont, połowę sumy bym miał o drugą połowę poprosiłem rodziców to stwierdzili, że to bez sensu, że szkoda pieniędzy bo ja i tak w tym mieszkaniu bym nie mieszkał tylko z nimi, więc po co mi one. Całej sumy na remont niestety nie mam, nie mówiąc już o kupnie własnego lokum, pewnie starczyło by mi na wynajęcie na rok tylko co później. Co do płacenia rachunków, etc. to teraz też ja to robię, chodzę do sklepu po zakupy i gdzie tylko potrzeba więc z tym nie mam problemu.

Wspominacie o obowiązku moralnym opieki nade mną rodzeństwa - niestety nie mam rodzeństwa, a o pomoc ze strony dalszej rodziny jakoś nie bardzo chce mi się prosić bo przecież jak już zostało wspomniane każdy ma swoje życie.

Proponowałem im wyjazd w rodzinne strony beze mnie, ale nie przyjmują tego do wiadomości, powiedzieli, że albo jadę z nimi albo zostają tutaj, i tu wracamy do początku, czyli braku wiary w moje usamodzielnienie.

Powoli zaczynam tracić wiarę w pozytywny rozwój tej sytuacji, z jednej strony nie chcę stąd wyjeżdżać, z drugiej nie chcę blokować wyjazdu rodzicom i jestem w kropce...
Nadrzędny - Autor wielokropek Dodany 2017-08-23 09:47
Według mnie pomógł by zupełnie bezstronny mediator.
Nadrzędny - Autor ignacy16 Dodany 2017-08-23 14:08
Psycholog?
Nadrzędny - Autor wielokropek Dodany 2017-08-23 17:15
Niekoniecznie. Wystarczy jak uczciwie przedstawi plusy i minusy. Decyzja w tym przypadku należeć będzie i tak do zainteresowanych.
Można by w formie "zabawy" tu takie podawać ale czy nie jest to zbyt poważny problem?
Nadrzędny - Autor ignacy16 Dodany 2017-08-25 07:32
Nie wiem czy to ma jakikolwiek sens ponieważ wszystkie moje dotychczasowe propozycje są odrzucane i nie mam już amunicji żeby wygrać tą walkę.
Nadrzędny Autor wielokropek Dodany 2017-08-25 11:47
Dlatego Tobie taka osoba z zewnątrz by się przydała, co nie oznacza że nie poparłaby stanowiska rodziców. Ale zawsze byłaby to kontynuacja rozmów a może Ty przekonałbyś się czy na pewno jest korzystne dla ciebie Twoje stanowisko? .
Nadrzędny Autor Iota Dodany 2017-08-27 16:41

> z tego co się dowiedziałem to miasto daje mieszkania do remontu tylko trzeba właśnie wyłożyć na remont, połowę sumy bym miał o drugą połowę poprosiłem rodziców…


Mam w życiu trochę więcej szczęścia o tyle, że moi rodzice mieli bardziej ambitne oczekiwania. Moje sugestie są więc teoretyczne – nie robiłam żadnej z tych rzeczy w praktyce, bo nie musiałam.  Ale gdybym miała się zastanowić, co zrobić w takiej sytuacji…

Po pierwsze ten spór może nie być do rozwiązania przy pomocy „argumentów” – szansa, że nagle zmienisz trwale nastawienie rodziców jest mała (chociaż oczywiście tego bym Ci życzyła). Bardziej prawdopodobne, że będziecie uprawiać ciągłą wojnę podjazdową. Rodzice często opinii swoich dorosłych dzieci (w tym sprawnych) chcą słuchać wtedy… kiedy chcą. A jak nie chcą, to masz pozamiatane, bo pamiętają, jak ci kiedyś pieluszki zmieniali i na to nic się nie da poradzić. (O ile to jest jakieś pocieszenie, nie wynika to koniecznie/wyłącznie z niepełnosprawności – niektórzy rodzice kłócą się na takiej zasadzie ze swoimi dorosłymi (i sprawnymi) dziećmi o zdobywane wykształcenie, o wykonywany zawód, a nawet o partnera życiowego.)

Teoretycznie można spróbować argumentu, że to jest mimo wszystko inwestycja w Twoją samodzielność, nawet tymczasową i niewiarygodną. Taki trening, choćby na wypadek gdyby dobroczynność krewnych się kiedyś uszczupliła po śmierci rodziców (nawet załóżmy, że niedobrowolnie – krewni by cię chcieli przygarnąć, ale nie mogą tak całkiem). Bo lepiej zaczynać mieszkać na swoim koło trzydziestki niż koło pięćdziesiątki. Ale nie znam ich, więc nie mam pojęcia, na ile są w ogóle gotowi taki pogląd rozważyć.

Teoretycznie być może zaangażowanie w ten spór osoby z zewnątrz mogłoby być pomocne. Ale tu pojawiają się dwa problemy: po pierwsze, ta osoba powinna mieć doświadczenie w podobnych sprawach lub sytuacjach (a więc np. znać się na usamodzielnianiu się "młodych" dorosłych ON), żeby móc w miarę realistycznie ocenić sytuację. Po drugie, rodzice musieliby być otwarci na "wpuszczenie" tej osoby w Waszą sytuację. Najszybciej mi przychodzi do głowy kontakt z organizacjami zajmującymi się niepełnosprawnością w Waszym mieście. Czy jest jakaś odpowiednia organizacja, możesz sprawdzić tutaj: http://bazy.ngo.pl/niepelnosprawni-dorosli

Poza kwestią „argumentów” widzę – z tego co do tej pory napisałeś - trzy zasadnicze opcje, jeśli dalsze dyskusje do niczego nie będą prowadziły:

1) Po pierwsze potwierdziłabym, czy miasto naprawdę daje mieszkania do remontu. Potem ustaliła najniższy racjonalny budżet tego remontu i to ile pieniędzy brakuje. A potem skoncentrowała się na zdobyciu tych pieniędzy w jak najkrótszym czasie z legalnych źródeł, które można zabezpieczyć bez rodziców. Może oznacza to poszukiwanie innej pracy, może branie większej ilości pracy, może kredyt bankowy (jeśli to finansowo realne), może wypytywanie o inne środki pomocowe dostępne lokalnie. W takiej perspektywie łatwiej tez może być „przetrzymać” rodziców w mieście, jeśli potrzebny czas byłby stosunkowo krótki, bo nawet jeśli cały czas będziecie funkcjonować w stanie ukrytego konfliktu, to on się kiedyś skończy (po zebraniu pieniędzy).

2) Iść na wynajem za to, co masz (ewentualnie z użyciem tzw. „dodatku mieszkaniowego” albo na taki wynajem, jaki stosują studenci – wspólne wynajęcie mieszkania wielopokojowego). Po to, żeby wykazać rodzicom praktycznie, że się mylą (jeśli naprawdę realistycznie oceniasz, że gotów do wyprowadzki jesteś już). A jeśli to będzie nie do utrzymania na dłużej finansowo, ale organizacyjnie będzie działać, mieć nadzieję, że jak pomieszkasz sam ileś miesięcy, ich zdanie się zmieni pod wpływem faktu dokonanego i będą bardziej skłonni Cię wesprzeć. Ten wariant jest znacznie bardziej ryzykowny, bo możliwa jest też taka opcja, że uznają, że to mimo wszystko głupi kaprys, albo się po prostu obrażą o takie postawienie sprawy (bo w pewnym stopniu wyprowadziłbyś się wbrew ich woli). Na dodatek liczenie na przyszłą większą pomoc rodziców zakłada, że oni takie pieniądze mają – jeśli nie byłoby ich stać, to przekonanie ich nie wystarczy.

3) Rezygnacja: akceptujesz plan rodziców, przeprowadzasz się z nimi „pokojowo” (prędzej albo później). Nie jestem fanką tego rozwiązania, z oczywistych względów, ale to Twoje życie i Twoja decyzja, więc ten wariant też musisz jakoś ocenić.

Są oczywiście być może inne opcje, których ja nie widzę.
Poprzedni wątek Następny wątek Wyżej Wątek ogólne / BARIERY architektoniczne i nie tylko / Przeprowadzka (3948 - wyświetleń)

Powered by mwForum 2.16.0 © 1999-2008 Markus Wichitill